Z życia wzięte,  Życie

Z życia wzięte: Krótka historia jednego, różowego wibratora

Niedawno obchodziłam swoje 29 urodziny. Jak co roku świętowałam je ze swoimi przyjaciółkami, które choć mają już ułożone życia (mężów i dzieci) nadal są strasznymi wariatkami. Ale w tym roku nawet mnie zaskoczyło to, jaki prezent dla mnie przygotowały. W pięknym pudełku z kokardką, wypełnionym pociętą krepiną, ukryty był… WIBRATOR – w ślicznym, różowym kolorze! Podczas naszych spotkań zawsze narzekałam na swoje problemy z facetami, ale nie spodziewałam się, że właśnie tak będą chciały mi zrekompensować brak seksu w ostatnich miesiącach. Nie powiem, na początku trochę się zawstydziłam, szczególnie, że wibrator był dość spory i miał dziwaczny kształt, a przecież moja pochwa jest standardowych rozmiarów! Odłożyłam wibrator na bok i szybko zmieniłam temat. Ale przetestowałam go jeszcze tego samego wieczoru i heh… naprawdę mi się spodobało! Ten osobliwy prezent pomagał mi się “relaksować” przez kolejne tygodnie, aż do momentu kolejnego spotkania z przyjaciółkami, które zapytały…

…jak się sprawuje nowy masażer do karku, na ból którego narzekałam w ostatnim czasie?! Spaliłam buraka i odparłam, że świetnie, choć nie przyznałam się, że owszem służył mi do masowania, ale innych partii ciała… Po spotkaniu wróciłam do domu i zaczęłam szukać opakowania od podarowanego mi urządzenia. No tak… wszędzie chińskie znaczki, a dopiero gdzieś na dole, drobnym drukiem po angielsku słowo “massager”. Hah, nieźle dałam się nabrać, ale jak to mówią: głodnemu chleb na myśli! Najlepsze jest to, że masażer tak dobrze sprawdził się w roli wibratora, że nie mam zamiaru rezygnować z tej funkcji. Mam tylko nadzieję, że żadna z przyjaciółek nie będzie chciała go kiedyś ode mnie pożyczyć! 😉

~ Pink ~

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *